Emocje

Wydawać by się mogło, że nasze emocje podkręcone są do maksimum. Po wczorajszej plaży, długo nie mogliśmy zasnąć, pomimo doskonałych warunków, jakże odmiennych od poprzedniej nocy 🙂 Wstawanie też poszło nam jakoś łatwiej i od razu postanowiliśmy pojechać jeszcze raz w to samo miejsce. Niestety pomyliliśmy przecznicę i zajechaliśmy parę kilometrów dalej. Kilometr w tę czy w tamtą – co za różnica… okazało się jednak po raz kolejny, że Islandia zmienia się za każdym zakrętem!
I dzisiaj będzie właśnie o tym. W ciągu jednego, niecałego dnia zobaczyliśmy:

  1. Imponujące czarne klify, tryskające jak gejzery ze słoną wodą – dokładnie tak to wygląda. Poprzez niezwykłe uformowanie bazaltowych skał: kanały, groty i szyby wpadają szalejące fale oceaniczne i wystrzeliwują w górę na kilkanaście metrów, zalewając przy tym zdziwionych turystów (zalecamy parasol lub nieprzemakalną kurtkę) oraz tworząc bajeczne tęcze, których można dotknąć!
  2. Spotkaliśmy naszych znajomych z Niemiec, którzy również przyjechali na Islandię miniakiem. Płynęliśmy razem promem, z tym, że oni objechali wyspę w tydzień i właśnie wracali… wydaje się to być niemożliwe, ale widocznie dla MINI maniaków takie słowo nie istnieje 😀
    Pożegnaliśmy się rzewnie i obiecaliśmy godnie pełnić funkcję reprezentacyjną na Islandii 😉 bo wnioskując z reakcji ludzi, których mijamy, nasza Czarna Błyskawica jest teraz jedynym MINI na wyspie! 😛
  3. Za namową jednego z naszych znajomych, pojechaliśmy polną drogą (polna to taki eufemizm) do domku, w którym można za darmo przenocować. Domek stoi na lodowcu, a w nim mają być jakieś materace i urządzenia kuchenne, które pomagają przetrwać zawziętym eksploratorom. Jesteśmy zawzięci, a co…? Ponieważ było jeszcze za wcześnie na nocleg, więc postanowiliśmy go po prostu zbadać, przy okazji licząc, że może ruszy się pobliska Katla i będziemy mieć fantastyczne ujęcia erupcji 😀
    Pomimo naszego MINI zawieszenia, wjechaliśmy na najwyższy szczyt, ku uciesze załóg mijających nas ogromnymi terenówekami z jeszcze większymi kołami balonowymi. Może nasze mamy nie powinny tego czytać… 😉 Zatrzymały nas dopiero kamienie większe od arbuzów – takie po prostu już się nie mieściły pod miniakiem. Wysiedliśmy aby się rozejrzeć i coś pstryknąć i… o mały włos nam drzwi nie wyrwało z samochodu!!! Dziwne, że w środku MINI nie było tego w ogóle słychać, ale tutaj wiał taki przeraźliwie jazgoczący tajfun (!), jakiego nigdy wcześniej, żadne z nas nie doświadczyło. Gdyby miniak był tylko nieco lżejszy, na bank poszybowalibyśmy prosto na lodowiec. Nie można było zrobić ani jednego normalnego kroku, a od czasu do czasu wiatr podnosił z ziemi garść (taką większą garść) wulkanicznego pyłu i kamieni i ciskał nimi o nas z prędkością dźwięku. No może ubarwiam, ale na twarz tego się nie dało przyjąć!
    Coś Wam powiem… cudowne, cudowne doznanie. Nasz MINI po zjechaniu z góry wyglądał jak wulkaniczna skała.
  4. Następnie postanowiliśmy wziąć prysznic, pod wodospadem Skogafoss. Miejsce jak z bajki o Teletubisiach. Zielone wzgórza, przyklejona na stałe tęcza i krystalicznie czysta woda spadająca z wysokości 60 metrów. Co za kontrast!!
  5. Kolejną atrakcją miała być rozbita Dakota na „czarnej pustyni”, ale ponieważ nie mieliśmy współrzędnych GPS i nauczeni przygodą sprzed dwóch dni, postanowiliśmy nie wjeżdżać na czarne piaski, tylko popodziwiać melancholijną, niczym nie zmąconą, bezkresną otchłań. Gdzie się podziały te wszystkie skały i wodospady? Ach… są za nami 🙂 Rozmiar tego przedsięwzięcia natury, ułatwił nam pokonanie większego dystansu już bez zatrzymywania się. I tak dotarliśmy do Geysir.
  6. „Bez zatrzymywania się” to też tylko taka metafora 🙂 – po drodze zobaczyliśmy domy wrośnięte w skałę, kolejny wodospad, odwiedziliśmy miasteczko, w którym jest największe zagęszczenie polaków – mimo to, żadnego nie spotkaliśmy, kupiliśmy naszego pierwszego lopapejsa dla Wojtusia, pokonaliśmy interesującą trawiastą trasę wyznaczoną przez google maps 😉 oraz spotkaliśmy konia albinosa!