Góðan daginn

Ostatnie zdjęcie z Jónem ;)
Foto: bicnick

Na Islandii dzisiaj obchodziliśmy Dzień „Dzień Dobry”. To święto zainicjowane 3 lata temu przez burmistrza Gnarra, podczas którego nie odbywają się pochody, nie grają orkiestry dęte, a ludzie nie machają chorągiewkami. Jest po prostu życzenie, przekazywane z ust do ust, na powitanie… 🙂

…przyda się nam bardzo, ponieważ opuszczamy dziś Reykjavik, w którym spędziliśmy dwa cudowne dni w towarzystwie Marty z portalu informacje.is

Oprócz fantastycznej, islandzkiej 🙂 gościnności oraz miękkiego, ciepłego i suchego materaca, Marta zauroczyła nas olbrzymią wiedzą o Islandii, którą chętnie się podzieliła. Wspólnie odwiedziliśmy malowniczo położoną latarnię morską w Reykjaviku, do której można się dostać drogą lądową jedynie podczas odpływu. Gdy wielka, oceaniczna woda wraca, Islandia ma o jedną wyspę więcej 🙂 Marta postraszyła nas też zgniłym mięsem rekina, które należy koniecznie spróbować, ale na szczęście wszystkie restauracje, serwujące ten przysmak były już zamknięte. Trochę podejrzliwie zjadaliśmy „danie dnia” z najsławniejszej budki z hot-dogami na świecie, która gościła niegdyś samego Billa Clintona (tego prezydenta 😉 ). Z ulgą odetchnęliśmy dopiero, podziwiając panoramę stolicy ze szczytu budynku wodociągów miejskich, zwanego Perlan. W reprezentacyjnej części tej budowli, znajduje się zaplecze kulturalno-rozrywkowe dostępne dla każdego zainteresowanego. Na górnym piętrze, można zjeść kolację przy świecach lub napić się drinka, w ekskluzywnej restauracji, która w ciągu kilkudziesięciu minut obraca się o 360 stopni wokół osi budynku, serwując obok wyszukanego menu, nieustannie zmieniającą się panoramę miasta. Zrobiliśmy też sobie pamiątkowe zdjęcie z Jon’em pod Ratuszem Miejskim, zbudowanym częściowo na jeziorze Tjörnin i wróciliśmy do cieplutkiego mieszkania na noc.

Za rozmowami do drugiej w nocy przy filiżance miętowej herbaty, będziemy tęsknić najbardziej!

Następnego dnia Marta wysłała nas na obowiązkowe tournée po muzeach. Już w pierwszym Þjóðminjasafn Íslands (National Museum of Iceland) utknęliśmy na pół dnia. Wstęp kosztował 1200 ISK za osobę dorosłą, 600 za studenta i gratis za obywatela poniżej 18 roku życia. Za dodatkowych 300 ISK można wynająć urządzenie ze słuchawkami, w kształcie latarki z ładnym świecącym przyciskiem, które okazuje się nie jest latarką, tylko polskim przewodnikiem, a właściwie to przewodniczką o ciepłym głosie.

W muzeum można się zapoznać z historią Islandii od czasów pierwszych osadników do lat  powojennych, zagrać w szachy, pobawić się w wikinga, przejrzeć zbiory multimedialne i wypić kawę, prawdopodobnie przygryzając ją ciastkiem. Generalnie jest sporo informacji, więc potrzeba na to parę godzin, chyba, że ktoś lubi warcaby – wtedy przydałby się cały dzień 🙂

Po wyjściu z Muzeum Narodowego okazało się, że wszystkie inne są już zamknięte, więc spotkaliśmy się z Tomkiem, który jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Fotograficznego pozytywni.is. Tomek mieszka na wyspie od ponad 4 lat i prowadzi tu naprawdę fascynujące życie, oblatując Islandię na paralotni z własnym napędem. Właśnie wybierał się na klify w pobliżu  Hveragerdi i trochę zabrakło nam czasu, żeby go lepiej poznać… ale może będzie jeszcze okazja… zapowiada się! 🙂

W pobliżu, swoim majestatem kusiła nas Harpa – siedziba Orkiestry Symfonicznej i Opery Islandzkiej, która jest częścią wielkiego projektu rewitalizacji nadbrzeża (prace w otoczeniu opery wciąż jeszcze trwają). Nie mogliśmy się oprzeć, pomimo, że byliśmy za chwilę umówieni z Martą. Budynek wygląda jak ogromny, mieniący się kryształ w krainie czarnego bazaltu.Wyjątkowo spektakularnie prezentuje się w nocy, kiedy to rozświetlają go bajeczne, różnokolorowe iluminacje, na wszystkich fasadach. To niezwykłe dzieło stworzyli architekci z pracowni Henning Larsen Architects i Batteríið Architects przy dużym udziale artysty Olafura Eliassona, który zaprojektował też artystyczny pawilon przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wnętrza bardzo przestronne utrzymane w minimalistycznym stylu – robi wrażenie!

No dobra, jedziemy do Þingvellir, we wzmocnionej ekipie Marta, Andżelika, Justyna i „miniacy”. Na styku dwóch płyt kontynentalnych w 1928 utworzono tutaj park narodowy, wpisany w 2004 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Park znajduje się w tzw. „złotym kręgu”, czyli czymś co każdy turysta powninien zobaczyć. Teren jest aktywny sejsmicznie i wulkanicznie, a powierzchnia ziemi poprzecinana jest licznymi szczelinami, wśród których największa, z 40-metrowymi pionowymi ścianami, tworzy głęboki wąwóz Almannagjá.

Tutaj w 930 roku, po raz pierwszy zebrał się islandzki parlament Althing, który jest jedną z najstarszych czynnych instytucji parlamentarnych świata. Miejsce wybrano prawdopodobnie ze względu na wspaniałą akustykę, która umożliwiała przewodniczącemu oraz tzw. głosicielowi prawa w ciągu jednego przemówienia dotrzeć do tysięcy zebranych. W Þingvellir parlament obradował aż do końca XVIII wieku, po czym przeniósł się do stolicy. Bywa jednak, że powraca tutaj okolicznościowo. 17 czerwca 1944 roku ogłoszono pełną niepodległość Republiki Islandii.

Wieczorem, po powrocie, najedliśmy się lodów w sympatycznej lodziarni YoYo, gdzie litrowy kubełek, napełnia się samemu, smakami według uznania. Wszystkie jednak mają podobny posmak gumy balonowej, choć podobno są przyrządzane w bardzo naturalny sposób z wykorzystaniem jogurtu 😉

I znowu zasnęliśmy grubo po drugiej…