Niemcy, Rostock

Droga przez Niemcy, to droga przez mękę… Na liczniku 130 km/h, na termometrze trzydzieści sześć i pół stopnia, leniwe wiatraki przyglądają się posępnie naszym bezskutecznym próbom złapania choćby jednej małej falki, nie mówiąc już o poważnym serfowaniu w sieci. Na żadnej stacji benzynowej, czy w McDonalds’ach nie ma hot spotów… znaczy są, T-mobile, ale tylko dla wybranych, zarejestrowanych użytkowników i to za sporą opłatą 5 euro za godzinkę. Na domiar złego pakiet 100 MB danych, który przezornie zakupiliśmy w Orange PL za 121 zł, okazał się pakietem 15 MB, ponieważ liczy się go proporcjonalnie w stosunku do okresu rozliczeniowego, czyli jak sobie kupimy 100 MB na dzień przed końcem okresu to dostaniemy 1/30, czyli niewiele ponad 3 MB!! Brakuje mi słów, żeby wyrazić emocje jakie czuję wobec naszego polskiego operatora. Nasz slalom od stacji do stacji udało się zakończyć, a przynajmniej tak się nam wydawało, dopiero w miasteczku Rostock – urokliwym skądinąd, ale również pozbawionym doniosłego osiągnięcia dwudziestego pierwszego wieku jakim jest „free net”. Znalazł się jednak pewien miły człowiek w salonie O2, który zdołał nam wyjaśnić, że w ich kraju każdy kto chce sobie poużywać, musi się najpierw wylegitymować – można się tego było spodziewać po Niemcach. Założyliśmy więc konto, i zakupiliśmy kartę z 1 GB transferu danych, ważnym przez miesiąc. Karta kosztowała 15 euro, ale jeszcze plus 10 euro gdybyśmy chcieli z niej skorzystać. Nie pytajcie o co chodzi… ;/
Niestety, okazało się, że karty tej nie można aktywować na Macu, bo nie ma kompatybilnego oprogramowania. Rozumiecie coś z tego? Jedna z największych sieci telekomunikacyjnych nie potrafi zrobić oprogramowania na platformę OS X. Żenujące!

Mamy zatem kolejną bezużyteczną kartę i 25 euro mniej. Zresztą… i tak jest już późno i wjeżdżamy do Danii. Może w drodze powrotnej się przyda…