Pogoda

Droga do Ólafsfjörður.
Foto: digital gardens

Od paru dni wygrzewamy się w przyjemnym, cieplutkim pensjonacie w Akureyri. Opowiemy o nim w osobnym poście, bo naprawdę warto 🙂 Mamy tu bardzo dobre towarzystwo i rewelacyjne warunki na bazę wypadową. Dyskutujemy, zwiedzamy okolicę, wracamy, suszymy się i znowu zwiedzamy, i znowu dyskutujemy… 😉 Dzięki naszej ukochanej Marcie z portalu informacje.is przygoda w stolicy północnej Islandii rozpoczęła się od spotkania z autorką pierwszej polskiej książki wydanej na Islandii – „Islandia jak z Bajki„. Zaznaczyć tu trzeba, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdego entuzjasty… Islandii i nie tylko 😉 Książka nie jest dostępna na rynku Polskim, można ją kupić jedynie osobiście przyjeżdżając tutaj na wyspę. Dostaliśmy jeden egzemplarz z autografem, który zabierzemy do Polski i jeśli nie postanowimy recytować jej po kawałku na jakimś streamie 😉 to pewnie ogłosimy konkurs, żeby ofiarować ją komuś z Was.
Pani Janina i jej mąż Piotr, okazali się dla nas wspaniałymi, pełnymi entuzjazmu i energii mentorami po ukochanej Islandii…

Na przykład dzisiaj: od rana zapowiada się zima stulecia – co prawda śnieg pada tylko z lewej strony na prawą, w poziomie (co widać po naszym MINI), ale żeby dostać się na tę osłoniętą stronę trzeba jakoś się tam doczołgać… kontynuując wątek, zanim mi go wywieje przez prawe ucho – z rana Pani Janina budzi nas pyszną kawą i sławnymi islandzkimi pączkami kleina.
– Jedziemy na północ – oświadcza – zwiedzać tunele.
– Bardzo dobrze – ucieszyliśmy się.
Pakujemy się zatem w czwórkę do naszego MINI i obieramy kurs na Siglufjörður. Droga niby nieprzejezdna (pługi są tutaj niezwykłą rzadkością) temperatura w granicach od zera do półtora stopnia, wiatr z 500 km/h – nie wiem ile dokładnie, ale wyjść z samochodu można tylko od zawietrznej. Jedziemy, bo przygoda wzywa! Tak sobie myślimy, że zawrócimy, kiedy nie będzie się dało jechać dalej, ale pogoda jest jakby specjalnie dla nas, na granicy możliwości – śniegu akurat tyle ile mieści się pod samochodem, a wiatr akurat taki, że nie ześlizguje nas z fiordu. Powoli docieramy do pierwszego tunelu mijając po drodze zamarzniętego mercedesa 😉 i tracąc naklejkę z przedniej szyby. To brzmi prawie niemożliwie, ale wiatr zerwał nam naklejkę, którą w normalnych warunkach trzeba ściągać specjalnymi urządzeniami przy udziale różnych chemikaliów i niemałej siły. Tunele nie prowadzą do żadnej atrakcji, może oprócz muzeum śledzia, ale poza tym na ich końcu są jedynie fabryki przetwórstwa rybnego… tunele są atrakcją samą w sobie – są pomnikiem wystawionym przez ludzi w hołdzie dla własnych możliwości 🙂 W sumie ok. 16 km drogi, wydłubanej w litej skale, wiejącej o tej porze roku totalną pustką – niesamowite wrażenie! Dojechaliśmy aż na sam północny koniuszek fiordu… prawie na biegun 😉 Dalej jest tylko nic i Grenlandia. Po wyjechaniu z ostatniej norki, śnieg w cudowny sposób zniknął, ale fale na morzu, jakie zobaczyliśmy, swoim rozmachem przebijały malarstwo Bonaventury i twórczość Hamingway’a – oglądane z samochodu wyglądały na przeogromne, na jakąś terra-formację planety, ale kiedy udało się otworzyć drzwi i dorwać barierkę przy urwisku (wiatr był raczej nieustępliwy), to wyglądały na znacznie, znacznie większe. Niestety gęsty i lepki deszcz uniemożliwiał zrobienie dobrego zdjęcia bez odpowiedniego przygotowania, ponieważ, w którą stronę by się nie odwrócić, zawsze padał prosto na szkło obiektywu – taki meteorologiczny paradoks 😉 Wszyscy jednak zgodnie stwierdziliśmy, że lepsza pogoda do zwiedzania północnych rubieży kraju nie mogła się nam przytrafić!

Dodam na koniec, że wróciliśmy do domu w Akureyri, bez dodatkowych przygód, ale z naprawdę wielkim podziwem dla naszego MINI. To zabrzmi jak reklama i z pewnością jest reklamą, ale niezwykłą, bo szczerą: pomijając cały ten lansiarski szum, jaki robi się wokół marki, MINI to najlepszy samochód z jakim kiedykolwiek mieliśmy do czynienia!