Tajemnica Akureyri

Światła drogowe w Akureyri.
Foto: digital gardens

Uważnego czytelnika może zainteresować fakt, że tydzień przed opuszczeniem wyspy przestaliśmy publikować regularne relacje 😉 Oficjalnym wytłumaczeniem jest pogoda, która pokrzyżowała nam ekspedycyjne plany. Islandia i jej widoki zostały przykryte gęstą mgłą, a wiatr w tercecie z deszczem i śniegiem, skutecznie zachęciły nas do ukrycia się pod własną kałdrą. I pod kołdrą właśnie, kryje się nieoficjalne wytłumaczenie naszego blogowego milczenia… Każde dobre opowiadanie ma jakiś romans – będzie miało i to! 😉

Pierwszego dnia po przyjeździe do Akureyri – właściwie to był już wieczór – postanowiliśmy znaleźć jakieś przyzwoite miejsce noclegowe, żeby odpocząć po trudnych, nieutwardzonych drogach fiordów północnych. Niestety, ze względu na późną porę i ograniczone możliwości finansowe, trafiliśmy na pole campingowe w centrum miasta. Rozbiliśmy mały namiot i przerzuciliśmy do niego wszystkie nasze bagaże, sami wyciągając się w trójkę w MINI. Na odwrót się nie dało, ponieważ nasz duży namiot, od pewnego czasu mocno przeciekał, a tej nocy zapowiadał się spory deszcz. Nie było tak źle, naprawdę – wyspaliśmy się ciepło i sucho. Mimo to rano zaczęliśmy szukać jakiegoś łóżka na kolejną noc. Pogoda cały czas się pogarszała, więc było to racjonalne posunięcie. W pierwszej kolejności odpadł rzekomo najtańszy miejski hostel, gdzie za jedną osobę w sześcioosobowym pokoju chcieli od nas ponad 150 zł. Towarzystwo w sumie miłe – głównie studenci, utalentowani 😉 ale trochę nieco zbyt rozmowni, więc postanowiliśmy szukać czegoś bardziej zacisznego. Przy jednej z głównych ulic w rzędzie stały 3 kamienice – wszystkie podobne do siebie, schludne i eleganckie. Wszystkie oferowały pokoje gościnne. Podczas rozmowy telefonicznej, w pierwszej zaproponowano nam 10.000, w środkowej 7.000, a w trzeciej też 10.000 ISK za pokój. Zaraz, zaraz… 7.000? W przeliczeniu, to jakieś 190 zł – dlaczego tak tanio?! W poprzednim gesthousie, w którym spaliśmy, gdzieś w dziczy, pomiędzy dwoma wioskami zapłaciliśmy 100 euro i to było tanio jak na islandzkie warunki, a teraz jesteśmy w północnej stolicy Islandii i mamy zapłacić dwa razy mniej?! No cóż… chodźmy sprawdzić czy jest ciepła woda! 😉

„Solgardar” zaprasza napis na drzwiach wejściowych

Pukamy w przeszklone drzwi ozdobione gotycką czcionką. Po chwili, w trakcie której udało się nam rozszyfrować napis jako „Solgardar„, otwiera nam kobieta – ok. 160 cm wzrostu, szczupła, piękne włosy blond, twarz wygląda znajomo. Uśmiecha się miło, jak gdyby również nas znała i zaprasza do środka. Szukam w pamięci, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie się spotkaliśmy. Wnętrze wystrojone w stylu kolonialnym. Białe ściany, nienachalnie ozdobione gustownymi obrazkami, żeliwny piecyk, który samym swoim wyglądem ogrzewa wnętrze, telefon z poprzedniej epoki, w słuchawce którego słychać jedynie ciszę i stare, zabytkowe pianino, pobrzmiewające w naszych wyobraźniach. Na korytarzu półki z broszurami i informatorami turystycznymi. Po krótkiej rozmowie z właścicielką, dowiadujemy się, że dom został wybudowany w 1923 roku, przez bogatego przybysza nie wiadomo skąd. Swej nowej posiadłości nadał sugestywną nazwę „Solgardar”, co w języku islandzkim oznacza „Słoneczny Ogród”. Ogród? Kto tak nazywa dom? W każdym razie „ogród” przetrwał do dziś, podobnie jak jego tajemniczy klimat, z charakterystycznymi dekoracjami i skrzypiącymi podłogami. Mamy dwa pokoje do wyboru: mniejszy za kuchnią, na dwie i pół osoby lub duży czteroosobowy salon z telewizorem, okrągłym stołem i krzesłami usytuowanymi w przestronnej, wnęce z widokiem na ogród. Oba w tej samej cenie. To jakiś test? Nieśmiało wybraliśmy salon, który swobodnie pomieścił wszystkie nasze tobołki i potrzebę rozmachu po ciasnej nocy. Rozglądając się po pomieszczeniach na parterze, zauważyliśmy, że jak na razie, jesteśmy jedynymi wynajmującymi lokatorami. Dom bardzo zadbany i czysty, w łazience świeże ręczniki, no i jest ciepła woda (!) 😉

Będzie wypas głodomorów…

Kuchnia w pełni wyposażona we wszelkiego rodzaju przydatne urządzenia jak piekarnik czy lodówka i komplet naczyń. Podczas gdy Ewa, postanowiła przetestować wszystkie te udogodnienia, moją uwagę przyciągnął regał z książkami w języku angielskim i islandzkim. Większość z nich to były mroczne kryminały w sugestywnych okładkach… i nagle po plecach przeszedł mi dreszcz.
– Are You an Elf? – zapytałem właścicielki, która właśnie kończyła myć naczynia, po poprzednich lokatorach. Uśmiechnęła się i nie odrywając oczu od zlewozmywaka, odpowiedziała:
– Coffee and tea are in the cabinet. Enjoy if you like…
– I think, You are – wymamrotałem pod nosem i wróciłem do Wojtka, który właśnie rozpracował słoik z kremem orzechowym.

Oczywiście zbyt długo cieszyliśmy się wolną przestrzenią, wygodnymi łóżkami i darmowym (!) internetem, więc wieczór zaskoczył nas niespodziewanie. Kiedy płaciliśmy za pobyt (jedno z nielicznych miejsc na Islandii, gdzie trzeba było zapłacić banknotami, a nie kartą kredytową) właścicielka powiedziała, że zostaniemy tutaj na kolejne noce. Myślałem, że ją po prostu źle zrozumieliśmy i że to była propozycja, a nie oświadczenie, ale…
…ona już wtedy wiedziała co się wydarzy w ciągu najbliższych dni!
Tej nocy, wszyscy zapadliśmy w dziwny, długi sen, a pod ciepłymi kołdrami fantazja zaczęła się mieszać z rzeczywistością…

W następnych wpisach opowiemy co nam się śniło przez kilka kolejnych dni w Akureyri 🙂