Zajazd Eyjólfsstadir

Po pierwszym dniu zdecydowaliśmy się wynająć pokój w zajeździe. Nie tylko ze względu na łącze internetowe i prąd, ale też dlatego, żeby się zorganizować na nadchodzące trzy tygodnie w spokoju i wygodzie 😉 Za tę przyjemność zapłaciliśmy 93 euro – to jest najtańsza opcja z własnymi śpiworami. Zajazd przytulny i zadbany, prowadzony przez bardzo sympatycznego człowieka 🙂 W środku jak w domu – w przedpokoju zdejmuje się buty, nie po to żeby nie nabrudzić, tylko żeby dać odpocząć nogom 😉 Miły zwyczaj. Wystrój w stylu francuskiej prowincji, na biało. Odkryliśmy kilka ciekawostek: u Islandczyków Kaczor Donald ma na imię Andrés Önd, a jego wuj na bramie do skarbca ma wielki znak „Dk” 😉 Ponadto cukier tutaj niechętnie rozpuszcza się w kawie – ktoś ma jakiś pomysł dlaczego? Może to tylko nasze zniecierpliwienie. Pod prysznicem, natomiast, dowiedzieliśmy się dlaczego Islandczycy pachną siarką – my już też 😀
W zajeździe naprawdę można się zrelaksować. Do rana wydawało nam się, że jesteśmy zupełnie sami, ale podczas śniadania kolejka do szwedzkiego stołu liczyła sobie ze 20 osób. Hmm… powiedziałbym, że goście charakteryzowali się osobliwą nie nachalnością 😉